"Baby Driver" Edgara Wrighta, to była najświeższa premiera tegorocznego lata. Kilka dni temu postanowiłam zrobić mały rewatch tego filmu i nadal wywarł na mnie takie wrażenie jak za pierwszym razem.
Fabuła filmu opowiada o młodym chłopaku - Baby (Ansel Elgort), który musi spłacić dług u Doca (Kevin Spacey) rozwożąc bandytów na różne skoki, jednak postanawia z tego zrezygnować, kiedy w jego życiu pojawia się Deborah (Lily James).
Porównując inne filmy w dorobku tego reżysera, z jego najnowszym dziełem, mogę stwierdzić jedno: to jest na poważnie. Przykładowo - Trylogia Cornetto współtworzona razem z Simonem Peggiem, była raczej parodią niż poważnie traktującym się filmem. Nic nie było brane na poważnie, być może dlatego w Polsce Wright nie zasłynął. Potrzebował jednak filmu z dobrymi aktorami, z dobrą fabułą, akcją i muzyką, a przede wszystkim filmu, który będzie się traktował poważnie. I tak powstał "Baby Driver". Film, w którym pierwszoplanową rolę odgrywa muzyka. Niesamowity soundtrack napędza całą akcje.
No właśnie, muzyka. Świetnie skomponowany soundtrack dodaje rytmu każdej scenie. Każda piosenka ustawiona w danej scenie, jest dokładnie przemyślana. Nie jest tak, jak w przypadku "Legionu Samobójców", że piosenki zostały rzucone do filmu w obojętnej kolejności, pozbawiając filmu klimatu. Tutaj nadaje tempo każdemu ruchowi.
Montaż - również istotny element całego filmu, jest on (wraz z muzyką) jego szkieletem. Każda scena, (prawie) każdy ruch bohaterów jest zmontowany w rytm muzyki, co wprawiło mnie w zachwyt.
Bohaterowie - ci pierwszoplanowi, jak i drugoplanowi radzą sobie znakomicie. Wydaję mi się, że każda postać wnosi coś ważnego do filmu. Większość z nich ma mocno zarysowaną osobowość. Do aktorstwa nie mogę się przyczepić. Ansel Elgort, to aktor, który większości kojarzy się z rolą w "Gwiazd naszych wina", jednak tutaj bardzo dobrze poradził sobie ze swoją rolą. Wreszcie pokazał na co go stać. Role drugoplanowe, nienagannie zagrane przez Kevina Spacey, Jamie Foxx'a oraz Jona Hamma.
Fabuła - śmiało mogę przywołać tutaj słowa Dawida z kanału Sfilmowani. Ten film to istny rollercoaster. Przez pierwszą połowę filmu akcja zaczyna się rozwijać, w połowie stajemy na jakiś czas, a pod koniec filmu spadamy z wielką prędkością. Cała historia może i nie ma jakiegoś sensu, jednak nie zapominajmy, że to film Edgara Wrighta. Ważniejsza jest tutaj muzyka, montaż czy pościgi niż sens całej fabuły. Największe absurdy, jak zachowanie Deborah w trakcie zagrożenia, przyjdą tak po prostu i nawet tego się nie zauważy.
Wątek miłosny - najsłabszy punkt całego filmu. Związek pomiędzy Baby a Deborah jest po prostu męczący. W połowie filmu zatrzymujemy się na pewien moment, który się niemiłosiernie przedłuża, czekając, aż zacznie się akcja.
Film jest idealny dla wielbicieli dobrej muzyki oraz samochodów. Świetna odskocznia od poważnego kina.
Fabuła filmu opowiada o młodym chłopaku - Baby (Ansel Elgort), który musi spłacić dług u Doca (Kevin Spacey) rozwożąc bandytów na różne skoki, jednak postanawia z tego zrezygnować, kiedy w jego życiu pojawia się Deborah (Lily James).
Porównując inne filmy w dorobku tego reżysera, z jego najnowszym dziełem, mogę stwierdzić jedno: to jest na poważnie. Przykładowo - Trylogia Cornetto współtworzona razem z Simonem Peggiem, była raczej parodią niż poważnie traktującym się filmem. Nic nie było brane na poważnie, być może dlatego w Polsce Wright nie zasłynął. Potrzebował jednak filmu z dobrymi aktorami, z dobrą fabułą, akcją i muzyką, a przede wszystkim filmu, który będzie się traktował poważnie. I tak powstał "Baby Driver". Film, w którym pierwszoplanową rolę odgrywa muzyka. Niesamowity soundtrack napędza całą akcje.
No właśnie, muzyka. Świetnie skomponowany soundtrack dodaje rytmu każdej scenie. Każda piosenka ustawiona w danej scenie, jest dokładnie przemyślana. Nie jest tak, jak w przypadku "Legionu Samobójców", że piosenki zostały rzucone do filmu w obojętnej kolejności, pozbawiając filmu klimatu. Tutaj nadaje tempo każdemu ruchowi.
Montaż - również istotny element całego filmu, jest on (wraz z muzyką) jego szkieletem. Każda scena, (prawie) każdy ruch bohaterów jest zmontowany w rytm muzyki, co wprawiło mnie w zachwyt.
Bohaterowie - ci pierwszoplanowi, jak i drugoplanowi radzą sobie znakomicie. Wydaję mi się, że każda postać wnosi coś ważnego do filmu. Większość z nich ma mocno zarysowaną osobowość. Do aktorstwa nie mogę się przyczepić. Ansel Elgort, to aktor, który większości kojarzy się z rolą w "Gwiazd naszych wina", jednak tutaj bardzo dobrze poradził sobie ze swoją rolą. Wreszcie pokazał na co go stać. Role drugoplanowe, nienagannie zagrane przez Kevina Spacey, Jamie Foxx'a oraz Jona Hamma.
Fabuła - śmiało mogę przywołać tutaj słowa Dawida z kanału Sfilmowani. Ten film to istny rollercoaster. Przez pierwszą połowę filmu akcja zaczyna się rozwijać, w połowie stajemy na jakiś czas, a pod koniec filmu spadamy z wielką prędkością. Cała historia może i nie ma jakiegoś sensu, jednak nie zapominajmy, że to film Edgara Wrighta. Ważniejsza jest tutaj muzyka, montaż czy pościgi niż sens całej fabuły. Największe absurdy, jak zachowanie Deborah w trakcie zagrożenia, przyjdą tak po prostu i nawet tego się nie zauważy.
Wątek miłosny - najsłabszy punkt całego filmu. Związek pomiędzy Baby a Deborah jest po prostu męczący. W połowie filmu zatrzymujemy się na pewien moment, który się niemiłosiernie przedłuża, czekając, aż zacznie się akcja.
Film jest idealny dla wielbicieli dobrej muzyki oraz samochodów. Świetna odskocznia od poważnego kina.

Komentarze
Prześlij komentarz